Metropolia Silesia po rowerowych szlakach cz 2. Tychy - Zbiornik Imieliński - Katowice

Od rana do wieczora tylko rower. I relaks.
Całodzienną wycieczkę z Tychów nad Zbiornik Imieliński, a dalej do stolicy regionu - Katowic wspominamy sympatycznie i miło. Nie obyło się jednak bez problemów na szlaku.
     Pomysł przebiegu wyznakowanych szlaków trafny. I dotyczy to zdecydowanej większości szlaków w tym rejonie Polski. Ta wycieczka pokazała przemysłowe zagłębie również od strony rekreacyjnej. Mieliśmy wszystko. Miasta i miasteczka z ich infrastrukturą, bezdroża, lasy, pola i wodę, nad którą można się zrelaksować, połowić ryby czy rozbić rodzinny biwak. Były dzikie plaże, szlak, a nawet górka i miejsce odpoczynku dla rowerzystów. Ogólne zadowolenie przyćmiły nieco jednak drobne problemy. Głównie z powodu oznakowania szlaków. Miejscami irytującego.
 
      Aby opisać trasę należy pamiętać że wspomniana mapa szlaków zawiera również oznaczenia propozycji tras, których nie ma w terenie, ale stanowią na mapie uzupełnienie do oferty szlakowej proponowanej w rzeczywistości. Wszystko po to, aby dopełnić dzieła połączenia jednych szlaków z drugimi. Pomysł fajny choć mamy wrażenie czasami chyba nie do końca trafiony. Albo nie do końca wiemy jak to wygląda w terenie bo przecież nie wszędzie byliśmy i nie wszystko widzieliśmy. Jesteśmy tu pierwszy raz (i myślę że nie ostatni!).
 
     Jak to jest w końcu z tymi propozycjami z mapy? Naszą wycieczkę spod hotelu zaczęliśmy właśnie trasą przedstawioną na mapie jako pomysł na... Przez strefę ekonomiczną wydzieloną drogą rowerową (chodź z kostki i nie równą), później wzdłuż trasy samochodowej, ale zdecydowanie mało uczęszczaną do Bierunia. Do tego miejsca byliśmy przekonani że te propozycje z mapy są jednak wyznakowane w terenie bo do tablicy z napisem Bieruń poruszaliśmy się za tabliczkami oznakowanego szlaku. Znaki skończyły się jednak wraz z momentem wjazdu do tej miejscowości. Trzeba było wyciągać mapę i szukać rozwiązania zgodnie z propozycją w niej oznaczoną. Konsternacja. Szukać szlaku? a może to jego koniec? może gdzieś go jednak zgubiliśmy? może kawałek jest nie wyznakowany? Ostatecznie szlaku nie odnajdujemy. Prawdopodobnie go tu nie ma. Z palcem w mapie i mniej więcej po trasie wyznaczonej w niej (sami wiecie jak to wygodnie jechać z mapą rozłożoną na kierownicy. Jeśli nie to spróbujcie kiedyś) trafiliśmy do sympatycznego ryneczku, na którym kilka drogowskazów, ławeczki, pomniko-fontanna i ogródki piwne lokalnej restauracji.  Miło tu ale po krótkim odpoczynku i rekonesansie ruszamy dalej.
Szlaki odszukaliśmy kilkaset metrów dalej przy przepięknym drewnianym kościółku św. Walentego...romantycznie prawda? Polecamy zajrzeć do wnętrza i poznać jego historię.
  Obok kościółka równolegle przebiega kilka szlaków. Rozpoczynający się nieopodal niebieski do Jaworzna, żółty oraz czerwony. Troszkę razi odcinek drogi rowerowej wybudowanej z innej strony niż oznakowania szlaków, które z kolei wymalowano tam gdzie chodnik. Szkoda. Brakuje też przejazdu dla rowerów na skrzyżowaniu.Jednym słowem brak spójności infrastruktury sprawia że pod tym względem miejsce nas nie powala. Nie przemyślano w tym miejscu kilku spraw. To w końcu z perspektywy turysty rowerowego newralgiczne miejsce w Bieruniu. Biegną tędy wszystkie szlaki rowerowe miasteczka, a nieopodal parking, skąd można rozpocząć rowerową przygodę.
  Skrzyżowanie wygląda na ruchliwe. Biegnie tędy droga krajowa. Wybieramy podróż żółtym w kierunku wsi Górki mijając po drodze ciekawą architektonicznie kładkę z 2006 roku oraz zabytkową groblę. Miejsce warte spaceru i krótkiej przejażdżki (raptem kilometr), ale dla rowerzysty może okazać się zdradliwe! Po zjechaniu z grobli trafiliśmy na znak podobny kolorystycznie, a który wyprowadził nas...z powrotem pod drewniany kościółek... mały objazd na około nie jest zły. Trzeba jednak w tym miejscu wyjaśnić, że zjechaliśmy na groblę świadomie w celach krajoznawczych zjeżdżając ze szlaku nie spodziewając się w konsekwencji innych podobnych znaków. Nasz szlak biegnie pod kładką, skręca w prawo wzdłuż grobli (ale dołem, a nie groblą) by po chwili odbić w lewo wzdłuż Wielkiego Stawu Bieruńskiego, z którego dziś pozostał „stawik” i wyschnięte pole. W wodzie muszą być ryby. Wędkarz na brzegu uświadomił nas w tym przekonaniu. Miejsce godne odnotowania dla miłośników spędzania wolnego czasu z wędkom na brzegu oraz z punktu widzenia historii regionu. Nie jest to jednak fajne miejsce na biwak. Wyobraźcie sobie że na środku pola spotykacie dużą kałużę, a w oddali słyszycie pędzące samochoudy. To właściwie tyle, chodź faktycznie kiedyś musiało t być całkiem ładnie. Wyraźnie widać że jedziemy po dawnym dnie zbiornikia. 
   Szlak nieco dalej przecina ruchliwą DK 44. Jest oznakowany i wymalowany przejazd dla rowerów ostrzegający kierowców. Brawo! Mimo że trasa z pola, w pole, to zadbano o bezpieczeństwo rowerzystów. To nie są częste rozwiązania w naszym kraju. Biorą pod uwagę oczywiście fakt, że piszemy o przejeździe na turystycznym szlaku rowerowym a nie wyznakowanej drodze dla rowerów z oznaczonym przejazdem przez skrzyżowanie. 
Nieco dalej śmieci na szlaku, wrażenie rzadko uczęszczanego odcinka, poodrywane tabliczki szlakowe ze słupków i oznaczenie pokazujące prosto. W zarośniętą drogę wątpliwej przyjemności przez krzaki i śmieci. A było w lewo! W rzeczywistości i na mapie. Kawałkiem asfaltu i dalej szutrową drogą przez pole. Trzeba było tylko pojechać 0,5 km dalej by się o tym przekonać odnajdując kolejne oznaczenie. Najpierw jednak konsternacja, poszukiwania, próba przejazdu, irytacja i wyciągnięcie mapy :) Dla czego zamiast strzałki pojawiło się oznaczenie biegu szlaku na wprost? Zagadka do dziś. Może po prostu miało wyprowadzić rowerzystę w pole? ;) Z nami się udało:) Wjechaliśmy niemal w sam środek ;) Do najbliższych zabudowań prowadzi nas miły dwu może trzy kilometrowy szuter wśród pól i zalesień. Gdzieniegdzie pozrywane tabliczki wskazujace kierunek ale i tak nie sposób się tu zgubić. Aha! Uważajcie na pociągi! Na tym odcinku przecinamy tore kolejowe z niestrzeżonym przejazdem. Koniecznie stosujcie się do znaków i ostrzeżeń znajdujących się w tym miejscu. Ryzyko nie warte zabawy.
 
   We wsi Górki decydujemy się przeciąć drogę przy kościele i pojechać asfaltem w kierunku wsi Goławiec i Chełma Śląskiego. Zaskakuje pozytywnie wydzielona droga dla rowerów. Wyniesiona krawężnikiem pomiędzy wsiami. Krawężnik i czerwony kolor nawierzchni chyba zbędny. Przynajmniej moim zdaniem. Trzeba jednak przyznać że w takim miejscu wśród pól, robi wrażenie. Wielkiego ruchu samochodowego tutaj nie ma. Przez nieuwagę mimo że szeroko, może dojść do niepotrzebnego nieszczęścia. Barierki wzdłuż drogi rowerowej oddzielające od pola zdecydowanie nie potrzebne, robiące więcej złego niż dobrego dopełniają obraz przeinwestowanego projektu. Zdecydowanie można było równie bezpiecznie za połowę PLN mniej. Szkoda że odcinek drogi rowerowej na terenie wsi przechodzi w chodnik będący zgodnie z oznaczeniem ciągiem rowerowo-pieszym choć w rzeczywistości po prostu chodnikiem, który kończył się kilka razy znakiem koniec drogi dla rowerów. Tutaj nie bardzo wiemy co zarządca miał na myśli. W efekcie nie było ani ciągu rowerowo pieszego, ani tym bardziej drogi rowerowej. Po prostu chodnik. Na tyle szeroki że pieszy i rowerzysta mogą swobodnie się na nim minąć.
 
   Po krótkiej jeździe docieramy do kolejnej miejscowości. Krótki rowerowy rekonesans miasteczka Chełm Śląski (znajduje się tutaj warty zobaczenia -wyróżniający się nad zabudowaniami- kościół pod wezwaniem Trójcy Przenajświętrzej wybudowany w 1689 r), drobne piknikowe zakupy w miejscowym sklepie i po krótkiej przerwie wyruszamy zdobyć Smutną Górę (najwyższe na naszej trasie - mające zaledwie 285 m n.p.m wzniesienie). Ku upamiętnieniu 218 ofiar epidemii cholery z 1831 roku przejechaliśmy Bramę Przejścia znajdującą się na wzniesieniu. Na mapie obraliśmy propozycję trasy nie oznaczonej w terenie. Najpierw dziurawym i nierównym na podjeździe a później równym jak stół na zjeździe asfaltem dotarliśmy do Chełma Małego. Spotykamy tutaj niebieski szlak, który rozpoczynał się w Bieruniu i biegł w przeciwnym dla nas kierunku.
Trasa 152 (bo taki ma nr na mapie) ma dwa oblicza do samego jej zakończenia w Jaworznie Jeleniu. Wymalowane znaki raz po prawej, raz po lewej stronie sprawiają że nie wiemy gdzie się ich mamy spodziewać. Trzeba być bardziej czujnym, bo łatwo o przegapienie. Poruszając się pieszo przy takim wyznakowaniu można – dzięki osiąganym nie wielkim prędkościom swobodnie iść po szlaku. Z rowerem przy wyższych prędkościach niż podczas wędrówki może się nam zgubić, a niekonsekwentne malowanie bardzo wzmacnia czujność. Nie wiadomo gdzie spodziewać się kolejnych oznaczeń. Szlakiem objeżdżamy wspomnianą Smutną Górę z drugiej strony zbocza, docierając do zadaszonej wiaty turystycznej. Stojak rowerowy z pnia drzewa, tablica szlakowa z mapą. Ławeczki w wiacie, pola i las. Fajnie! Kawałek dalej miejscowi fani rowerów chyba zrobili coś na styl amatorskiej trasy do zjazdów. Mini single track z przeszkodami. Takie przynajmniej sprawiało wrażenie to co sięgnęły wzrokiem moje oczy. Pozytywnie.
    Następnie trasa przez miejscowe piaszczyste pola doprowadziła nas do brzegów Zbiornika Imieliśnkiego. Zdecydowanie odcinek z Chełma Małego aż do samego Jelenia polecamy na wycieczki z dziećmi. Szutrowe spokojne drogi, las, woda, miejsce na dziki biwak nad brzegiem, w sezonie kempingi z budkami z fastfoodami i lodami. Kąpać się chyba nie wolno, można natomiast popływać łódką czy kajakiem. Objazd  brzegu Zbiornika jest naprawdę przyjemny. Robimy dłuższą przerwę korzystając z pięknego słońca. Kiełbaski z grilla, małe piwko na plaży, partyjka w karty na kocu wśród wody dają nam w pełni uczucie korzystania z majówki ;) Pełny relaks! Zwraca uwagę czystość linii brzegowej. Beczki na śmieci rozstawione co jakiś czas sprawiają że ludzie nie zostawiają po sobie nic!. Brak śladów po sobie pozostawiają wędkarze rozstawieni z namiotami oraz biwakowicze. Rewelacja!
Zastanawia wyznakowanie szlaku w jedną stronę. Akurat tą w naszym kierunku. Odwracając się nie natrafiliśmy na znaki w stronę, z której przyjechaliśmy. Kilka razy też pojechaliśmy „na tzw. czuja”, ale zgubić się na tym odcinku nie sposób. Wystarczy przecież jechać wzdłuż brzegu. Można za to zgubić oznaczenia szlaku i zostawić je gdzieś obok. Czy szlak w drugim kierunku jest wyznaczony na tym odcinku nieco inaczej? Wg. naszej mapy nie.
 
  Przejeżdżamy pod autostradą A4 by polno – leśnym odcinkiem ubitej szutrowej drogi dostać się do skrzyżowania z drogą asfaltową w Jeleniu. Tabliczka z niebieskim kółkiem obwieszcza nam koniec szlaku. Z jednej strony fajnie bo wyprowadziła nas na inny szlak rowerowy (czerwony w kierunku Mysłowic). Jest alternatywa, nie ma próżni. Z drugiej strony szlak kończy się właściwie na środku drogi przy końcu zabudowań. Można go było pociągnąć nieco dalej do charakterystycznego miejsca. Choćby do kościoła, znajdującego się nieopodal Muzeum Miasta Jaworzna albo znajdujący się nieopodal węzeł szlaków rowerowych. Spotykają się tam czarny, zielony, żółty i czerwony. Z kończącym się kilka set metrów wcześniej niebieskim mielibyśmy całą paletę dostępnych kolorów szlaków. Wszystko na przestrzeni metrów. Nie kilometrów.
 
   Obieramy kierunek za oznakowaniem koloru trawy oznaczonej na mapie nr 7 z zamiarem dotarcia do Mysłowic. Ta sztuka udaje się z przygodami. Zdecydowanie był to najgorzej oznakowany szlak na trasie. Jeśli oceniać pomysł na jego poprowadzenie – miła, przyjemna trasa, trochę asfaltu, trochę lasu i szutru, ruch samochodowy mały. Szlak jest dla nas miłą kontynuacją po zostawieniu za sobą niebieskiego szlaku. Problem pojawia się niestety z powodu nie najlepszego oznakowania. Przejazd przez Dziećkowice spokojny chodź oznaczenia pojawiają się ponownie raz z jednej raz z drugiej strony. Przy większych prędkościach osiąganych na rowerze niż pieszo bywa to niewygodne i kłopotliwe. Trzeba wypatrywać bo być może akurat trzeba odwrócić wzrok bardziej w lewo lub w prawo by zobaczyć interesujący nas symbol. Tym bardziej że jedziemy tym szlakiem korzystając również z dróg publicznych. Ruch z prawej strony i uwaga na innych uczestników dróg zwiększa kłopotliwość niekonsekwentnego znakowania. Ponadto szlak się gubi, a precyzyjniej to my się gubimy bo trasa zmienia kierunek swojego przebiegu. Skręca w prawo za przejazdem kolejowym pozostawiając asfalt, a wkraczając w drogę leśną. Niestety oznaczenia skrętu mimo dwukrotnej próby nie odnaleźliśmy. W efekcie nadrobiliśmy parę kilometrów asfaltem docierając niemal do drogi nr 934. Nie tędy droga, powrót, poszukiwania, palec na mapę, orientacja w terenie, odnalezione ślady rowerowych opon i JEST! Odnalazł się na drodze leśnej. Jadąc w przeciwnym kierunku szlak skręcał. W naszą nie. Obcy nie znający terenu nie trafi. Pojedzie tak jak my.
Od tego miejsca oznaczenia pojawiają się co kilka set metrów. Zupełnie nie potrzebnie bo i tak nie ma gdzie skręcić. Prosta szutrowa droga bez skrzyżowań. Ponownie gubi się w okolicach węzła będącego łącznikiem autostrady A4 z trasą S1. Szlak na przemian znika i pojawia się po naszych poszukiwaniach właściwie już do samego końca. Przy restauracji Dwór Bismarcka nie interesując się jego dalszym przebiegiem obieramy po prostu kierunek wzdłuż drogi w kierunku centrum.
 
   Zwiedzamy Mysłowice z perspektywy roweru, krótki odpoczynek na wyznaczenie z mapy trasy z propozycji tras do centrum Katowic przez Szopienice.
Z Mysłowicką infrastrukturą cienko. By nie powiedzieć że nie istnieje. Przynajmniej na pokonywanym przez nas odcinku.
 
    Do Szopienic docieramy obraną przez nas drogą samochodową mijając kopalnie (dla tych, którym krajobraz kopalnianych zakładów jest obcy podpowiadamy że warto się zatrzymać i rzucić okiem na mijaną KWK Mysłowice). Wzdłuż torów tramwajowych, później również kolejowych wjeżdżamy do Szopienic (na uwagę zasługuje Browar Morskich).
Odszukując raz po raz drogi rowerowe docieramy niemal do centrum stolicy regionu,  pod Muzeum Historii Śląska, czyli jak dla nas – „warszawskiego” wyobrażenia o kopalniach (teren byłej KWK Katowice). Niby zagospodarowane, udostępnione do zwiedzania, jest nowocześnie i estetycznie, dizajnersko. Można tu podziwiać panoramę miasta z wieży szybowej (obecnie widokowej) odpocząć przy kawie lub po prostu przyjść na spacer. Dojazd rowerem chodź bez drogi rowerowej możliwy. Stojaki rowerowe występują ale na obszerny parking rowerowy nie można liczyć. Podejrzewamy, że z pozostawieniem roweru bywają tutaj problemy.
   Naszym zdaniem w obecnych charakterze to miejsce niestety ma nie wiele z klimatu kopalni. Teren po rewitalizacji połączono z parkingiem, znajdującą się kawałek dalej nowoczesnym budynkiem Filharmonii Śląskiej, Centrum Konferencyjno Targowym i Halą „Spodek” ale to jednak nie jest to…Historii i tradycji ciężkiego przemysłu nie odczuwa się tu w ogóle. Przynajmniej nam. Jest zupełnie inaczej. Nowocześnie z wolną przestrzenią dostępną dla każdego. Zawitała kultura i turystyka.
Oczekiwałem po takim miejscu możliwości wejścia do obiektu górniczego. Przejść przez szatnię, przebrać się w roboczy kombinezon, założyć kask, wziąć choćby kilof, lampę, pobrać markę, wejść do maszynowni by poczuć choćby tylko wzrokowo moc tych wszystkich mechanizmów, być może posłuchać ich ciężkich dźwięków, zobaczyć film jak wygląda codzienność górnika i życie kopalni, cały przemysł oo a do z., by na koniec zjechać szybem windowym na choćby 100 metrowy odcinek górniczego chodnika zakończonego przodkiem by KONIECZNIE pobrudzić się węglem i móc machnąć kilofem w półmroku, wszechobecnej wilgoci i gorącu. Niech choćby z głośnika popłyną dźwięki głośno pracujących maszyn.
Białe ściany muzeum, ekspozycje archeologiczne, czy galerie obrazów i rzeźb wolę zobaczyć w zachowanym dworku, pałacu czy zamku I na obronę że się nie uczepiłem tego miejsca niech świadczy fakt że pochodzę z Wałbrzycha, w którym z kopalni powstał obiekt Stara Kopalnia. Zawiodła mnie tak samo dopełniając szczytu dokonań dewastacją fantastycznie tam zachowanej w pełni łaźni łańcuszkowej. Klimat sam w sobie. Po rewitalizacji wśród białych ścian sali eventowej miejscowego ośrodka kultury można posłuchać opowieści przewodnika jak tu było wpatrując się w jedno małe zdjęcie dawnej łaźni z łańcuchami. Trochę tam chyba jednak więcej kopalni niż w Katowicach.
 
Rozpisałem się nie na temat, ale to w końcu stolica regionu. Ważne miejsce dla turysty, również rowerowego. Jest co zobaczyć i po ostatnich przemianach Katowic, centrum prezentuje się naprawdę ładnie chodź infrastruktura rowerowa nie rzuca się w oczy rozwiązaniami. Na przemian gdzieniegdzie jest i jej nie ma. Miejscami stara i nowa. Na deptaku brakuje nieco miejsc na przypięcie roweru, tablic informacyjnych o szlakach. Obecny wizerunek nowoczesnych Katowic jednak lubię. Czekam na lepsze rozwiązania rowerowe metropolii Śląskiej. Warto. Potencjał jest, widać że rowerzystów jest wielu.
 
Po przepysznym obiedzie w jednej z restauracji z lokalnymi przysmakami bez problemów Kolejami Śląskimi w parędziesiąt minut docieramy do Tychów. Wieczorna jazda po zmroku drogami rowerowymi nie sprawia problemów pod sam hotel, ale lokalni rowerzyści! Używajcie oświetlenia! Sami dla siebie stajecie się niebezpieczni nie wspominając o tym że inni rowerzyści też mogą Was nie dojrzeć. Kolizji na szczęśćie nie odnotowaliśmy.
 
     Niestety nie odnaleźliśmy ani w terenie ani na mapie popularnego i często opisywanego czerwonego szlaku rowerowego z Katowic do Pszczyny. Wg. naszej mapy (być może dlatego że to wydanie z 2015 r) szlak czerwony zaczyna się w przy torach w Zapuście i prowadzi do Paprocanów gdzie kończy się mapa. W Pszczynie oznaczenia czerwone w kierunku Tych widzieliśmy więc sugeruje to połączenie na tym odcinku. Co ze szlakiem w kierunku Katowic? Wg. mapy opiera się na drogach propozycji tras chodź ludzie opisują ten szlak jako wyznakowany.
    To był dobry dzień. Dał nam pogląd na wytyczone szlaki po Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Obecnie chyba jednak aktualniej użyć nazwy Metropolii Śląskiej. Pomysł na te przebieg szlaków jest naprawdę dobry. Pokazują że to ciekawe, warte zwiedzenia tereny, które oprócz przemysłowego ciężkiego charakteru posiadają zielone, rekreacyjne miłe do spędzenia wolnego czasu miejsca. Zdecydowania można siętu zrelaksować i zregenerować. Zarówno nad wodą jak i na rowerze. Szkoda tylko wspomnianych problemów z realizacją znakowania i jednak w wielu miejscach zbyt ubogiej rowerowej infrastruktury. Nie mierzymy jednak wszystkiego jedną miarą. Jutro kolejny dzień poznawania nieznanego nam do tej pory - rowerowego oblicza Górnośląskich miast.
 
Zdjęcia z trasy na naszym facebooku: Rowerem przez Polskę https://www.facebook.com/media/set/?set=ms.c.eJxFzdsJwEAMA8GOgiW~%3B~_28...
 
Tekst i zdjęcia: Tomasz Czeleń .

Patronat honorowy


 

 

 

 

Patronat medialny

.

 

 

 

 

Partnerzy

 

 

 

Copyright © 2014. All Rights Reserved.